Lucek, to Lucjan Kalmanowicz
Mieszka we Francji. Telewizja belgijska nakręciła o nim i jego rodzinie film.
Za sprawą pewnego cudownego Żyda, zainteresowałam się Żydami naszego miasta. Wprawdzie dziś we Włocławku Żydów już nie ma, ja pisze o ich życiu. Słucham ich wojennych historii i wzruszam się ich tragicznym losem. Piórem mówię o tych ludziach i holokauście.
Gdy pewnego razu poznałam Pana Lucjana z wielkim zainteresowaniem i uwagą słuchałam opowieści o życiu i losie tego włocławianina.

Lucjan urodził się w kwietniu 1922r. Przed wybuchem wojny miał zaledwie siedemnaście lat. Wraz z rodziną mieszkał we Włocławku przy ulicy Kaliskiej.

Był to budynek zamieszkiwany przez urzędnicze rodziny pracowników Fabryki Papieru. Jego ojciec, dyrektor tej fabryki, faworyzował najmłodszego syna. Lucjan miał jeszcze starszego brata Alfreda i siostrę Janinę. Na małego Lucjana wołano zdrobniale Lucuś.
Już od wczesnej młodości był chłopcem bardzo ruchliwym, ciekawym świata i ludzi. W szkole nie był prymusem, jednak jego osiągnięcia sportowe zostały zauważone i docenione. Reprezentował swoją szkołę na sportowych zawodach międzyszkolnych. Wyrósł na urodziwego i przystojnego młodzieńcem.
Miał kruczoczarne oczy, włosy i czekoladowo-brązową cerę. Dziewczęta zwracały na niego uwagę.
Gdy wybuchła wojna rodzina Lucka wyjechała do Wilna.
Zdjęcie zrobione na dwa miesiace przed wybuchem wojny w 1939r.
Ceremonia zorganizowana przez ojca Lucka z okazji podarowania armaty dla 14-go Pułku Piechoty (Stary Rynek we Włocławku)
Trzeciego września 1939 roku opuścili Włocławek. Do wyboru mieli Rumunię lub Litwę. Udali się więc do Wilna, gdzie mieszkał brat ojca, zatrzymując się w Warszawie. Byli przekonani, że wojna potrwa dwa, trzy tygodnie i będzie koniec. Stolica była jeszcze wolna, Niemcy zaatakowali ją dziewiątego września. Obrona trwała do dwudziestego siódmego i zakończyła się honorową kapitulacją. Metodą rządzenia w okupowanym mieście był terror, z którym bohatersko walczyli warszawiacy.
Samochód, jakim przyjechała rodzina Lucka został zarekwirowany. W Warszawie mieszkali w wynajętym mieszkaniu przy ulicy Złotej. W październiku tego roku opuścili Warszawę, udając się do Wilna. Ojciec kupił wóz z koniem. Przed oczyma Lucka jeszcze dziś ukazują się płonące wsie, mijane po drodze, słyszy hałas spadających bomb.
Wkrótce potem w Wilnie poszedł do szkoły, w następnym roku zrobił dużą maturę. Uczył się szybko języka litewskiego i wstąpił na Uniwersytet, którego jednak nie ukończył. W czerwcu 1940 roku do Litwy wkroczyli Rosjanie, pod koniec tego roku zajęli Wilno, ludność opuszczała miasto.
W tym czasie w Kownie znajdował się Konsulat Japoński, który wydawał wizy do Japonii. Trzeba było prosić administrację sowiecką NKWD o tranzyt z Wilna do Władywostoku. Rodzice Lucka złożyli podanie o taką wizę. Matka codziennie sprawdzała listę osób, które ją otrzymały.
Dopiero po kilku miesiącach ujrzała na niej imię i nazwisko syna. Pozostałych członków rodziny nie było. Wielka rozpacz zapanowała w domu, to była tragedia. Lucjan nie chciał sam jechać, lecz rodzice prosili i nalegali, bowiem chłopak mógł pomóc rodzinie. Z uwagi na fakt, że zaliczano ich do burżuazji, groziła im wywózką na Sybir.
Rodzice, siostra Janka i brak Alfred odprowadzili Lucka na trans syberyjski pociąg. Dziś Lucek wspomina, że ojca widział wówczas po raz ostatni, dokładnie pamięta jego słowa i bolesne pożegnanie.
W Moskwie NKWD zabrała go na przesłuchanie. Pytali o powód wyjazdu. Gdy jednak po dwóch dniach wypuścili go, pojechał dalej do Władywostoku. Tu okazało się, że jego wiza jest nieważna. Po 3 tygodniach pojechał do Japonii do Kobe. Tam Japonii Lucjan dowiedział się, że rodzice i rodzeństwo zostali zabrani do Getta w Wilnie, natomiast brata ojca wraz z rodziną Niemcy wywieli na cmentarz Rossa i tam zabili. Rodzina Lucka ocalała, tylko dlatego, że brat był lekarzem w szpitalu getta. Gdy likwidowano getto w 1943 roku, brata już tam nie było. Partyzanci z Puszczy Białowieskiej potrzebowali lekarza, przebrali go więc mundur gestapo i tym sposobem wydostali z getta. Niemcy nie mogli tankami wjechać do lasu, zresztą partyzanci często przemieszczali się.
W 1944 roku, kiedy Armia Czerwona, zmierzała w ofensywie na Berlin, wcielono do niej partyzantkę Brat Alfred został majorem tego wojska. W późniejszym czasie awansował do rangi pułkownika. Był on też pułkownikiem Wojska Polskiego. Za swoje zasługi został uhonorowany najwyższymi odznaczeniami państwowymi Polski, Litwy i Rosji (trzynaście medali).
Matkę i siostrę zabrano do obozu w Rydze, ojca do Estonii. Prawdo podobnie tam zginął.
Gdy w grudniu 1941 roku wybuchła wojna z Japonią, dwudziestoletni Lucjan dostał się do japońskiego obozu w Szanghaju był pewien, że więcej świata nie zobaczy. Najbliżsi znajomi Lucka nie przeżyli tego obozu.
Z myślą wstąpienia do armii amerykańskiej, pracował dla amerykańskiego wojska. Po zakończeniu wojny amerykańsko-japońskiej, jesienią 1945 roku dowiedział się, że matka wraz z córką i synem przeżyli.
Alfred i Janka zamieszkiwali w Polsce. Matka skontaktowała się z siostrą i bratem, którzy mieszkali w Paryżu jeszcze przed wojną. Rodzeństwo ściągnęło ją do Francji.
Brat Alfred został dyrektorem szpitala wojskowego w Warszawie, siostra Janka wyszła za mąż za narzeczonego sprzed wojny, też lekarza i mieszkali w Krakowie. Lucjan czekał do 1947 roku, aby mógł wyjechać do Francji.
Mieszkam we Włocławku. Urodziłam się piętnaście lat po wojnie. Wraz z rodzicami sprowadziliśmy się do Włocławka, rodzinnego miasta ojca, gdy byłam młodą dziewczyną. Od wczesnych lat lubiłam słuchać opowiadanych przez tatę wojennych historii. Szczególnie wypytywałam o dziadków, którzy zginęli podczas wojny. Dziadek Józef został zamordowany w obozie hitlerowskim w Zwickau. Nim tam się dostał przetrzymywano go na posterunku policji niemieckiej i torturowano. Dziadek prowadził działalność konspiracyjną, wraz z innymi patriotami drukowali propagandowe ulotki przeciwko Niemcom. Zostali zadenuncjowani przez volksdeutscha. Babcia Walerka, żona Józefa zmarła w dwa lata później na chroniczny katar kiszek, osierocając dwóch synów. Jednym z nich jest mój ojciec, też Józef.
Dzisiaj Lucjan mieszka nadal w Paryżu. Mama i rodzeństwo nie żyją. On cišgle ich kocha, są głęboko w jego sercu. Z dumą opowiada o swojej rodzinie, żonie i córce. Życie nie szczędziło mu bólu i cierpień. On jednak pełen humoru i pogody ducha, ciągle żartuje. Jesteśmy w kontakcie telefonicznym. Słucham z uwagą opowieści o przedwojennym Włocławku, i jestem pełna podziwu dla tego sympatycznego człowieka. Chciałabym jak wszyscy, mówić do niego Lucek, ale chyba mi nie wypada.
Mirosława Stojak