To opowiadanie dedykuję Panu Lucjanowi Kalmanowiczowi, urodzonemu i zamieszkałemu we Włocławku do 1939 roku. Obecnie zamieszkałego w Paryżu

„Sentymentalne opowieści”

Myślami spaceruję po ulicach starego Włocławka. To zasługa Pana Lucjana, którego opowieści sprawiły, że przeniosłam się do tamtych czasów i miejsc.
Od Placu Wolności idę na ulicę Szeroką i wstępuje do kawiarni „U Czecha”. Rozglądam się i spotykam znajome twarze. Widzę tu młodego Lucjana Kalmanowicza, jego starszego brata Alfreda, Abramka Morgentalera, Izraela Zilbersztejna, Jakuba Bukowskiego, Ernę Blauer i Tilę Gutowską. Jest tu wiele młodzieży. Mieszają się swoją religią, szkołą, pochodzeniem. Słyszę ich rozmowy i śmiech.
Chętnie poszłabym z Panem do ogródka kolejowego. Tutaj prawdo- podobnie chłopcy załatwiali swoje porachunki. Zapewne szło o piękne dziewczyny. Przysiedlibyśmy na chwilkę a ja popijając lemoniadę z zainteresowaniem słuchałabym Pana cudownych opowieści.
Mówił mi Pan, Panie Lucjanie o Fabryce Papieru na ulicy Kaliskiej, której to współwłaścicielem był Pana ojciec. Wspominał też Pan Zakłady MIZAMA, które przed wojną produkowały maszyny rolnicze. Dziś pozostał po tej zamożnej rodzinie pałacyk, odrestaurowany, piękny. Na parterze mieści się apteka. Fabrykę BOHMA, mało kto pamięta.
W minioną niedzielę wybrałam się na ulicę Kaliską. Chciałam obejrzeć kamienicę, w której mieściła się żeńska szkoła Pani Aspisowej. Pana siostra Janina do niej uczęszczała. Niesamowite, ten dom dziś, nie przypomina niczym tamtej zacnej instytucji.
Pod numerem 27 mieszkała Pana rodzina. Wyobrażam sobie, jak młody Lucek zbiega po schodach, z pierwszego piętra na podwórze, potem dalej na boisko. Jako kilkunasto letni chłopiec dobrze Pan biegał, na zawodach szkolnych był Pan najlepszy. Przypomina mi się zasłyszany incydent z Pana życia, niestety antysemicki. Całe szczęście jeden, jedyny.
Otóż pewien uczeń GZK, zapewne katolik, stwierdził, że żaden Żyd nie będzie reprezentował jego szkoły na zawodach sportowych. Dobrze, że dyrektorem tej szkoły był mądry człowiek.
Dziś patrzę na kserokopię Pana świadectwa maturalnego z GZK (Mała matura), widzę wpisaną z „ćwiczeń cielesnych”, ocenę dostateczną i jestem pewna, że to pomyłka, oczywiście -*.
Chcę jeszcze powrócić do Pana Rodziny. Ojciec światły człowiek, dbał o wychowanie i wykształcenie dzieci. Niczego Panu nie brakowało. Wspomina go Pan z rozrzewnieniem. Widzę scenę pożegnania na starym dworcu kolejowym. Więcej ojca Pan nie zobaczył.
Teraz oglądam zdjęcie, stare, czarno-białe. Widnieje na nim Pana ojciec w towarzystwie innych osób z fabryki, społeczeństwo miasta i władze. Następuje przekazanie armatki, ufundowanej przez Fabrykę Papieru, 14-temu Pułkowi Piechoty. Historyczne, unikatowe zdjęcie. Przyglądam się, jak wówczas wyglądał Stary Rynek. Prawie nie zmienił się.
Z sentymentem wspomina Pan swoje cudowne, beztroskie dzieciństwo. Pochodził Pan z bogatej rodziny. Rozumie więc, dlaczego ojciec podwoził syna do szkoły dorożką. Rozumie też, że było to dla Pana krępujące. Młodzież i dziś jest mało wyrozumiała. Jeździliście na wypoczynek do rodziny, która mieszkała pod Brześciem Kujawskim. Tą małą miejscowością mógł być Wieniec. Wspomina Pan również jezioro Czarne i drogę prowadzącą do tego miejsca.
„Za cmentarzem żydowskim, były lasy a za nimi jezioro” - nakreśla Pan drogę
i to się zgadza. Dziś na miejscu tego cmentarza stoi szkoła. W latach pięćdziesiątych tak można było. A w jeziorze Czarnym kąpią się dzieciaki, jak kiedyś. Jest ono tylko bardziej zanieczyszczone.
Pragnę jeszcze wspomnieć Pana starszego brata Alfreda, którego stawia Pan sobie dzisiaj za wzór. I słusznie. Uczył się pilnie, został lekarzem. W Wojsku Polskim był porucznikiem. Jego liczne medale zdobią ścianę Pana przedpokoju. Na ich czele order Virtuti Militari. Jest czego gratulować.
Myślę Panie Lucjanie, że los Pana wybrał i oszczędził. Mam tu na myśli fakt, że wojnę i holokaust przeżyła Pana matka, rodzeństwo. To szczęście w nieszczęściu. Wiem, że Pan cierpiał. Z Panem wojna obeszła się nieco gorzej. Przeszedł Pan męki i tortury. Obóz w Szanghaju pozostawił rany i blizny, nie zagojone po dziś.
Dla naszego pokolenia to wydarzenia nie wyobrażalne. Może i dobrze. Ja jednak chcę o tym pisać dla potomnych i dla nas również.
Twierdzę, że tacy ludzie, jak Pan, są wybrańcami Boga, losu, obojętnie, jak kto wierzy. Bardzo pragnę aby powrócił Pan do naszego Włocławka, choć na chwilę. Pójdziemy do kawiarni. Tej przedwojennej nie ma, pójdziemy więc do Blue Cafe.

Mirosława Stojak


Copyright  ©  Mirosława Stojak | Strona stworzona i utrzymywana przez portal NaszWłocławek.pl